Super tapetka
 

Motoryzacja na świecie: Chiny

28 paź | Cezary Łazarewicz | Tagi:, , , , ,

Reportażem Cezarego Łazarewicza – korespondenta „Polityki” z olimpiady w Pekinie rozpoczynamy cykl artykułów Motoryzacja na świecie. W kolejnych odsłonach będziemy odwiedzać najciekawsze zakątki globu  pieczołowicie relacjonując napotkane motoryzacyjne fenomeny.  Dziś zapraszamy do rzucenia okiem na ulice stolicy Chin…

Informacje o dominacji chińskiego roweru nad samochodem są mocno przesadzone. Jeśli ktoś jeszcze pamięta archiwalne sceny z czasów towarzysza Mao, gdy tysiące rowerów suną przez plac Tiannanem, powinien jak najszybciej o tym zapomnieć. Dziś dwunastoma pasami ruchu, którymi do niedawna jeździły rowery, pędzą samochody. Może nie za bardzo luksusowe – bo głównie Volkswageny, Hyundaie i Peugeoty – ale jest ich w samym Pekinie około 10 mln. I tylko, dlatego że władze w czasie Igrzysk Olimpijskich, pozwoliły jeździć na przemian tym z rejestracjami parzystymi i nieparzystymi, nie podusiliśmy się w smogu.

Ambicją każdego Chińczyka jest jeździć samochodem produkcji europejskiej. Może, dlatego na ulicach nie widać tanich terenówek chińskich, które szykują się właśnie do skoku na rynek europejski. A Polonezów, które dwadzieścia lat temu eksportowaliśmy do Państwa Środka nie widziałem nawet w muzeum wojska chińskiego.

W ciągu czterech tygodni pobytu w Pekinie podczas Igrzysk Olimpijskich najbardziej zaprzyjaźniłem się z przedstawicielami stutysięcznej armii taksówkarzy. Wszyscy ci funkcjonariusze, którzy wozili mnie po Pekinie, byli dla mnie niezmiernie mili, a czasami i sympatyczni. Najbardziej jestem im wdzięczny za to, że mimo wielu okazji, ani razu mnie nie naciągnęli (co w Warszawie jest raczej normą) i rzadko za przejazd płaciłem więcej niż 3 zł (ok. 10 yuanów).

Europejskie poczucie wyższości pieszego nad kierującym trzeba dość szybko zrewidować na pierwszych pasach po wyjściu z hotelu. Zjawisko jakiegoś uprzywilejowania pieszego na zielonym świetle w ogóle tu nie występuję. Ostrzegam tych, którzy chcieliby je wyegzekwować, bo może się to skończyć tragicznie. Sam wielokrotnie uciekałem z zebry przed taksówkarzami, którym się zawsze spieszy.

Z moich obserwacji wynika, że wyższość chińskiej organizacji ruchu nad europejską polega głównie na tym, że znaki i światła są informacją pomocniczą dla kierowcy. To znaczy, jeśli jesteśmy kierowcą i chcemy przejechać na czerwonym świetle przez przejście dla pieszych, to jest to niewskazane, ale nie należy tego traktować jako zakaz kategoryczny. Bo jeśli kierowca działa w stanie wyższej konieczności, np. spiesząc się na mecz koszykówki, to może wymusić pierwszeństwo nawet na zebrze, zważając by w miarę możliwości, nikogo nie rozjechać.

Jeśli uda mu się sprytnie wyminąć przechodniów to może liczyć na przyjazny uśmiech nawet policjanta kierującego ruchem.

W związku z tym, że wszystkie przepisy ruchu drogowego są dość umowne, więc wszyscy uczestnicy ruchu jeżdżą tak, jakby byłaby to ich ostatnia podróż. Piesi przebiegają przez ulicę jak przez pole minowe, ale za to  kierowcy starają się jeździć wolno. Z tego powodu stłuczek w mieście jest sporo, ale wszystkie dość niegroźne.

Ja u chińskich kierowców podziwiam głównie ułańską fantazję i odwagę, i spokój mnicha z Szaolin. Byłem tego świadkiem podczas jedynego olimpijskiego wypadku samochodowego. Jadąc na tor wioślarsko-kajakowy Shunyi nasz autobus staranował białego Hyundaia, który wymusił pierwszeństwo przejazdu. Urwaliśmy mu tylny błotnik, z bagażnika posypały się jabłka a kierowca, który uciekł przecież grabarzowi spod łopaty, jak gdyby nigdy nic, po wyjściu z auta zaczął pakować jabłka, urwany błotnik i pojechał dalej. Choć nie można wykluczyć, że w końcu trafił do jakiegoś obozu. Przez niego trzydziestu dziennikarzy z całego świata, spóźniło się na finał zawodów kajakarskich.

Dodaj komentarz